„Wypakowałaś polar? A to zdrajca! A kazałaś mieć!” [I część mojej relacji z wyprawy w Himalaje]

Jeszcze tylko drobne zakupy i trzeba jechać na lotnisko. Tak, to już dzisiaj. Jutro o tej porze będę już w Kathmandu. Jak dobrze, że mama z siostrą przyjechały do mnie do Warszawy. Ostatnie dopakowywania niezbędnych rzeczy do plecaka. Mama ugotowała mi przepyszny, ostatni polski obiad. Mięsny rzecz jasna. Bo tego na miejscu ma nam najbardziej brakować…

„ Weź się pospiesz! Samolot nie będzie na Ciebie czekać!”-zaczynają mnie poganiać bym pakowała się szybciej, bo nie wyrobimy się na 14:00. Ale udało się. Co więcej, mój brat zrobił mi niespodziankę i przyjechał na lotnisko! Prawie cała rodzina mnie odprowadziła! Na wyprawę mojego życia. To było dla mnie wyjątkowe.

Na lotnisku nie ma jeszcze nikogo. Jesteśmy pierwsi. Ale po kilku minutach wszyscy zaczęli się schodzić.  Niektórzy z OGROMNYMI walizkami ważącymi 30 kg! Zaczęłam się martwić czy wszystko wzięłam, ale w tamtym momencie już niewiele mogłam zrobić. Starałam się odpędzić tą myśl.

„Masz 5 par spodni???”- i zaczęło się. Wymienianie kto, co wziął. „Wypakowałaś polar? A to zdrajca! A kazałaś mieć!”- mówi Pan Jacek. „Heh. Mam 4 inne. Wypakowałam ten w najgorszym kolorze.” Już w tamtym momencie wiedziałam, że ekipa będzie wyjątkowa. Radość i jeszcze raz wielka radość towarzyszyły nam w tamto popołudnie.

Pożegnałam się z rodziną. Zaczęła się odprawa. Co się okazało? W podręcznym bagażu miałam…nóż! Oczywiście zatrzymywali mnie i przeszukiwali. Jednak mieścił się w polskich parametrach i udało się przejść. Ale w Katarze miało być gorzej… Zaraz wsiądziemy do samolotu. Tuż przed wejściem poznaliśmy parę- Sandrę i Marcina, którzy mieli maszerować z nami. I tak oto zaczęła się przygoda życia. Z tą i z wieloma innymi wyprawami miałam tak, że dopóki nie usiadłam w samolocie bardzo ciężko było mi uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Ale to się działo. Lecimy. Około 6 godzin lotu przed nami, by wylądować w Doha. Tu na lotnisku spędziliśmy 8 godzin. Cała noc w niewygodnych fotelach. Ale przetrwaliśmy i o 8 rano czasu Katarskiego siedzieliśmy już w samolocie do Kathmandu.

Lot minął bardzo szybko. Gdy wylądowaliśmy musieliśmy wyrobić sobie wizę nepalską obowiązującą 30 dni. Dopełnienie tego typu formalności i odebranie bagażu zajęło nam około godziny. W końcu jednak nadszedł moment opuszczenia lotniska i przedostania się na arrival – miejsce gdzie powitał nas Sujan, który miał opiekować się naszą grupą.

„O Masakra…”- to była moja pierwsza myśl na widok tłumu na lotnisku, chaosu i ciągłego przekrzykiwania się Nepalczyków. Na przywitanie założono nam na szyję wieniec z kwiatów co oznacza tutejsze „Namaste” czyli witaj, cześć, dobrze Cię widzieć.

Wsiedliśmy do taksówki (czytaj duży bus na 9 osób) i wjechaliśmy na przedmieścia Kathmandu. To był jeden z tych momentów, którego żaden turysta odwiedzający Kathmandu nigdy nie zapomni. W Kathmandu nie ma chyba zasad przepisów drogowych , określonymi ścisłymi kryteriami. Każdy jeździ jak chce. Najważniejsze jest , by trąbić (co często oznacza po prostu „Witajcie, jestem na drodze”).

Na ulicach mnóstwo ludzi, handel „wszystkim” kwitnie. Im bliżej Thamelu (jednej z dzielnic Kathhmandu) tym więcej ludzi, których można by przejechać, a którzy przebiegają przez ulice prawie wlatując na maskę taksówki. Szok kulturowy nie do opisania. Nepal to zupełnie inny świat. W busie powtarzaliśmy słowa „Sami to sobie zrobiliśmy…”

Dojechaliśmy do hotelu. Jestem w pokoju z Przemkiem i Dominikiem. Robimy prepacking, bo rano mamy samolot do Lukli. Do samolotu możemy zabrać 15kg łącznie. To suma wagi mojego barażu podręcznego i głównego…Pomyślałam, że to niemożliwe. Rezygnuje z następnego polara, kolejnych dwóch par skarpetek, ciepłej kurtki i wielu innych drobiazgów, co zaczęło mnie przerażać.

Najważniejsze by weszło całe mięso (bo na trasie nie mogliśmy go kupować), leki i cała puchowa i ciepła odzież. Udało się, ale tak mało odzieży w górach jeszcze nie miałam, a czekało nas 13 dni w górach!

Wieczorem przed wylotem wspólna kolacja. Jednak nie zbyt długo, bo trzeba się wyspać. Sen krótki. Pobudka o 6. Ziemniaki na śniadanie. Ostatnie pakowanie. Jedziemy na lotnisko krajowe. Tu czekamy około 4 godzin na lot do Lukli. Udaje się. W oknie pogodowym planowo lądujemy w Lukli.

Mocno niewyspana ale szczęśliwa. Nie wierzę, że tu jestem. Jeszcze tego samego dnia kierujemy się do Phakding. Trasa niezbyt długa, ale męcząca jak na początek. Mijamy 3 mosty. W tea housie jesteśmy pod wieczór. Tu po raz pierwszy zderzamy się z Nepalską rzeczywistością. Jedzenie mi nie podchodzi (a typem wybrednym nie jestem). Wszystko pachnie w taki specyficzny, jak ja to nazywałam  „nepalski” sposób. Ale to pora by to w sobie pokonać. Trwało to niestety kilka dobrych dni nim się przyzwyczaiłam do specyficznego smaku potraw.

Następny dzień „killer” do „Namche Bazar”. Już sama nazwa brzmi magicznie, bo to ulubione miejsce wielu wspinaczy. To właśnie stąd po raz pierwszy wyłoniła się przed nami „Góra Gór”- Everest. Jednak bliżej widać Ama Dablam, Nuptse. Takie widoki sprawiają, że chcesz iść dalej, stanąć u podnóża takich gór. Więc motywacja by iść dalej jak najbardziej jest. W Namche Bazar spędzamy dzień aklimatyzacyjny, by 4 dnia trekkingu wyruszyć w stronę Tengbouche, gdzie zaczęły się pierwsze schody…

CDN…

Komentarze: