Jadę w Himalaje!

Gdy człowiek na coś czeka, wypatruje, to to, co jest wyczekiwane, nie nadchodzi. Czasem trzeba odpuścić, a to coś przyjdzie samo. W moim życiu tak już właśnie jest. Nie spodziewałam się takiego nagłego zwrotu akcji. I cóż…
Buty już zaimpregnowane. Odzież zaraz będzie się pakować. Jeszcze szczepionki. Tak, to bardzo ważne. Czytam przewodniki. Oglądam zdjęcia. Jeszcze to do mnie nie dociera.
Stało się. Jadę do Nepalu. Będę Patrzeć na najwyższe góry świata. Spędzę w nich prawie 3 tygodnie. Rok temu nawet nie śmiałam marzyć o tego typu wyprawie. Rok temu planowałam „Blanca”… I w sumie się udało.
Bo zazwyczaj mi się udaje. Tak jakbym przed każdą decyzją była obdarowywana jakimś szczególnym błogosławieństwem z góry.
Blanc dał mi nieco popalić. Nie fizycznie. Psychicznie. Musiałam tam przełamać siebie na wielu poziomach. Walczyłam ze sobą. Po przyjeździe chciałam odstawić góry. Szczerze miałam dość. Już nie chciałam odczuwać strachu, zresztą nie tylko o siebie. Bo ja zawsze martwię się o moich współuczestników.
O mnie z kolei martwili się moi bliscy. Po raz pierwszy zaczynałam ich rozumieć.
A tu następny wyjazd. Nepal. Himalaje. Marzenie każdego górołaza, który choć trochę zaangażował się w tę aktywność.
Otworzył się dla mnie nowy świat. Zupełnie inny. Podróż w nieznane. Początek nowej przygody. I znów trudna decyzja. „Przecież miałaś odpuścić”, „Martwimy się o Ciebie”
– „Ale ja nie jadę się wspinać. To będzie trekking”.
Już prawie zrezygnowałam. Już miała dzwonić i odwoływać swój udział. Sama nie wiedziałam dlaczego nie chce tam jechać. Były we mnie emocje związane z blankiem, z tym co dzieje się po prostu w moim życiu na co dzień.
Nie chciałam by ktokolwiek się o mnie martwił. Nie miałam na to pieniędzy. Już zresztą byłam po pierwszej majowej wpłacie zaliczki za bilety lotnicze, która przepadła. To mi nie wróżyło dobrze. Zresztą moje konto mówiło mi, że wystarczyłoby mi jedynie na pokrycie połowy wyjazdu. Nie wliczając niespodziewanych wydatków, które dopiero po drodze zaczynały się zbierać.
Jednak wszystko się odmieniło, gdy w ciepłe sierpniowe popołudnie zadzwonił telefon, że mam pierwszego sponsora, który pokryje prawie cały koszt biletu lotniczego. Znak? Pomoc z góry w ostatnim momencie? Nie wiem… Ale znów zaczęłam myśleć. Po około 24 godzinach podjęłam ostateczna decyzję – Jadę.
Nie było odwrotu.
Nie chciałam by był. Choć uważałam tę decyzję za nieco absurdalną, bo realnie nie stać mnie na ten Nepal. Ale mówię „dobra, jakoś to będzie”.
I zaczęły się dalsze poszukiwania sponsorów.
Pan Jacek Dudzic bardzo mi w tym pomógł. Przede wszystkim nauczyłam się pisać maile. Ze sponsorami zasadniczo jest ciężko. Jednak ku mojemu zdziwieniu znalazłam ludzi dobrej woli wśród moich znajomych. Poszukiwania nadal trwają. Brakuje jeszcze sporej kwoty. Liczę, że jakimś cudem zdobędę jeszcze te pieniądze.
Przede mną sporo rzeczy do zrobienia.
Pozostaje się jeszcze zaszczepić- to obowiązkowe. W szczególności na żółtaczkę typu A, tężec i dur brzuszny. Na wysokości powyżej 4000 m.n.p.m ciężko dochodzi się do zdrowia, jeżeli złapie się infekcję. Tego się trochę obawiam. Ponadto za nami pierwsze wizyty u sponsorów. Trzeba wybrać kurtkę. Jeszcze się nie zdecydowałam. A tymczasem na biurku pakiet lekarstw, trzeba wyzdrowieć, zrobić zdjęcia do wizy, nadal szukać sponsorów, dbać o zdrowie, o kondycje, pracować…To tylko część rzeczy z listy typu „do zrobienia”.
Wyruszymy z Warszawy 26 października 2013 roku. Lot będzie trwał około 14 godzin. Przesiadka w Delhi w Indiach.
Z Kathmandu do podnóża gór, gdzie rozpocznie się nasz trekking- czyli do Lukli, kursuje czarterowy samolot. Podróż nim jest o tyle problematyczna, że nigdy nie wiadomo, czy samolot wyruszy o umówionej porze czy też nie. Nepalczycy zarabiają dosyć spore pieniądze na tym, że samolot z Lukli do Kathmandu robi sobie przerwę np. Z powodu brzydkiej pogody. Wówczas turyści, którzy mają zabukowane bilety na powrót do swojego kraju, mają tzw deadline i muszą skorzystać z szybkiej jednak drogiej opcji. Niezależnie od pogody, z Lukli do Kathmandu zawsze kursują śmigłowce. Koszt? 300 $ od osoby. Spory wydatek. Wolałabym nie wrócić z takim długiem. Ale to ryzyko jest wpisane w przygodę.
Teraz patrzę na swoje zdjęcia wywieszone na ścianie w moim pokoju. Jest na niej zdjęcie Everestu. Do niedawna mojej góry marzeń. Okazuje się, że za miesiąc będę w miejscu, w którym zostało zrobione zdjęcie, na które teraz patrze. Jednak zamienię to zdjęcie. Na swoje własne. Mojego autorstwa. Niesamowite. O właśnie! Musze oddać aparat do czyszczenia. Będzie mi tam niezbędny.
Stanę pod najwyższą górą świata. Oglądam zdjęcia w internecie. Widoki na nich przedstawione, przerastają moje oczekiwania.
Nie wiem co tam zastanę.
Nie wiem czy będzie dobra pogoda.
A może się rozczaruje? Najwyższymi górami świata???
To chyba niemożliwe.

Komentarze:

Edyta Kasperska Edyta Kasperska pisze:

Podziwiam i życzę powodzenia. Wracaj szczęśliwie :)

Ewelina Zięba Ewelina pisze:

Tak, cały trekking jest już zaplanowany :)
Będę jeszcze pisać na ten temat już niebawem:)
Głównym celem jest Kala Patthar oraz Everest Base Camp.
Szczegóły o trasie trekkingu już wkrótce.

patryk pisze:

Jakieś konkretne plany co do przejść? pozdrawiam p.