Zdobyłam Mont Blanc! [Relacja: część 3 – ostatnia]

Zapraszam na drugą część relacji z wyprawy na Mont Blanc. Część pierwsza znajduje się TUTAJ a druga TUTAJ .
Zaczynamy schodzenie ze szczytu. Mieliśmy szczęście, bo pogoda nam sprzyjała a wiatr przestał być już taki uciążliwy, bo po południu zrobiło się nieco cieplej…

W Vallocie jesteśmy późno. Zastanawiamy się co zrobić. Spać w Vallocie? Ktoś musiałby się cofnąć do Goutera po śpiwory. Jesteśmy zmęczeni po 13 godzinach wspinaczki. Znów dyskusja na temat dalszych planów. Ostatecznie wszyscy schodzimy do schroniska Gouter. Po dojściu chcemy schodzi kuluarem skalnym w dół, ale rozpoczyna się burza z gradobiciem.

Zmuszeni jesteśmy zostać w schronisku Gouter. Nie mamy wystarczającej ilości pieniędzy. Po wejściu obsługa nie chce z nami rozmawiać po incydencie z poprzedniej nocy, ale w końcu dają się przeprosić i dają nam nocleg w pokojach. Każdy wyłożył tyle pieniędzy ile przy sobie miał. Myślałam, że moje „marne” w ich oczach 10 euro wyrzucą mnie na zewnątrz, ale wszyscy dostają łóżko w schronisku. Spałam rewelacyjnie. Pierwsza naprawdę ciepła noc od tygodnia.Rano 22 lipca pobudka o 6.30, bo doba hotelowa trwa tu do 7. Śniadanie- kawałek czekolady. Nie mamy nic więcej. Musi wystarczyć…

Schodzimy kuluarem w dół. Po nocnej burzy z gradem jest bardzo ślisko. Grad leży wszędzie. Idę związana liną z Maksem. Asekurujemy się. Schodzimy bardzo powoli, bo każdy zły ruch może być śmiertelny. Słońce zaczyna oświetlać kuluar. Grad zaczyna się osuwać. Jest niebezpiecznie. Wraz z osuwającym się gradem osuwają się też kamienie. Po 4 godzinach zejścia stajemy przy kuluarze śnieżnym, który musimy przetrawersować. Kamienie tego dnia spadają non stop. Są krótkie okna w których można szybko przebiec. Patrzymy w górę. Kamienie lecą.Małe i duże. Związujemy się wszyscy. Przygotowujemy się by wpiąć się w ferratę. Widzimy już nasz namiot pod Tete Rousse. Jeszcze zaledwie 100 m i będziemy w namiocie.

Patrzę w górę. Krzyczę do chłopaków „patrzcie jaki wielki kamień”. Patrzymy z coraz większym przerażeniem i ku naszemu zdziwieniu zbliżający się w naszą stronę obiekt nie był kamieniem, tylko człowiekiem. Spadał z niesamowitą prędkością robiąc fikołki. Nie wierzyłam w to, co widzę. Był to mężczyzna. Tak na oko miał on około 32 lata. Gdy znalazł się na naszej wysokości, przeleciał mi martwy (bo miał już ciało jak kukiełka) przed oczami, w odległości około 15 metrów. Zaczęłam płakać. Zleciał jeszcze około 60 metrów poniżej miejsca w którym staliśmy. Nie miał żadnych szans. Leciał w dół około 400 metrów. Widok wstrząsający. Jego ciało przykrył sypki grad, który leciał lawinką zaraz za nim. Potrzebowałam około pół godziny, by móc dalej schodzić…

Nam po około godzinie od tragicznego wydarzenia udało się zejść. Jednak blask zdobycia szczytu przykryła mgła tragicznego wypadku. Chcieliśmy jak najszybciej opuścić to miejsce.

Jeszcze tego samego dnia spakowaliśmy się i ruszyliśmy do Les Houches. W miasteczku byliśmy około godziny 21. Wędrówka w dół trwała około 6 godzin. Tego dnia z wysokości 3800 znaleźliśmy się na wysokości 1050 m.n.p.m. Mieliśmy poodparzane stopy. Pomimo zmęczenia byliśmy szczęśliwi, że udało nam się bezpiecznie zejść, jednak jeszcze długo rozmawialiśmy o śmierci tego człowieka, sensie alpinizmu i pasji, która czasem zabija.

W Les Houches spędziliśmy jeszcze 1 cały dzień odpoczywając i jedząc pyszne bagietki, by 24 lipca około godziny 11.30 opuścić Francje i jechać w kierunku Polski.

Wyprawa dla wszystkich była ciekawą przygodą. Wejście kosztowało nas wiele wysiłku ze względu na ciężkie warunki wspinaczki. Nie tyle pod względem fizycznym co pod względem psychicznym. Jednocześnie bardzo się cieszę, że w czasie ataku szczytowego nie zaskoczyła nas burza śnieżna ani załamanie pogody. Dzięki czemu wszyscy wrócili bezpiecznie. Wszystkim miłośnikom wyższych gór polecam ten szczyt!

Komentarze: