Zdobyłam Mont Blanc! [Relacja: część 2]

Zapraszam na drugą część relacji z wyprawy na Mont Blanc. Część pierwsza znajduje się TUTAJ.
18 lipca około godziny 7.30 wyruszamy w drogę na szczyt. Jednym z najniebezpieczniejszych momentów na klasycznej drodze na Mont Blanc jest kuluar powyżej schroniska Tete Rousse. Jest to 50 metrowej długości przejście które należy przetrawersować w jak najkrótszym czasie, ponieważ co chwila spadają kuluarem kamienie, które czasami wielkością osiągają nawet rozmiar 32 calowego telewizora (bynajmniej nie LCD).

Na trasie rozciągnięta jest lina, która zabezpiecza przed odpadnięciem w przypadku uderzenia niewielkim odłamkiem i w zasadzie wszyscy wspinacze posiadają kaski, ale jednak najlepszą techniką jest przedostanie się na drugą stronę w jak najszybszym tempie i to najlepiej przed świtem kiedy jeszcze lód nie zaczął rozmarzać i wiąże masy skalne.

Tego dnia powyżej przejścia tego kuluaru pogoda się załamała. Zaczął padać śnieg Podjęliśmy nieodwołalną decyzję o odwrocie.

Zeszliśmy z powrotem do naszej bazy pod Tete Rousse zawiedzeni i rozczarowani. Maks i Samuel zaczynają mówić o wejściu nocą. Myślałam, że żartują. Ja nie miałam siły. 4 godziny wspinaczki tą ścianą zmęczyły mnie psychicznie. Powiedziałam, że ja nie idę, bo nie mamy informacji o pogodzie.

Chłopaki w nocy z 18/19 lipca wyruszyli. Opuścili namiot o godzinie 0:58. Wyszli. Szczęśliwie dotarli na wysokość 4304 m.n.p.m do Dome du Gouter. Około godziny 13.30 byli z powrotem w namiocie. Cali i szczęśliwi. Mijał 4 dzień w obozie. Jedzenia mniej o ponad połowę. Wieczorem decydujemy, że rano będziemy schodzić.

20 lipca jak zawsze obudziło nas piękne słońce jednak był niesamowity mróz.Poszliśmy zatem zjeść śniadanie do schroniska. Po śniadaniu zaczęliśmy robić pożegnalne fotki w pięknym słońcu. Patrzyłam w dół w dolinę, na ścianę le Grand Couloir  i nagle mnie natchnęło, by spróbować jeszcze raz.

Tak jakbym dostała nagły przypływ motywacji i wiary w to, że może się udać. Chłopaki myśleli, że żartuję. Ale decyzje podjęliśmy w ciągu 5 minut.

1,5 godziny od podjęcia decyzji byliśmy już w drodze. Przeszliśmy raz jeszcze le Grand Couloir i zaczęliśmy mozolną wspinaczkę w górę. Po 4 godzinach stanęliśmy na grani, skąd mogliśmy przedostać się do schroniska Aiguille du Gouter (3782m.n.p.m). Schronisko to położone jest na przepięknej grani..Zaczynało się wspomniane wcześniej załamanie pogody, objawiające się na razie dość gęstą mgłą. Schronisko otoczone jest polem śnieżnym. Nocowanie w namiocie „is forbidden”. Nocleg w schronisku jedyne 90 euro. Skitraliśmy się w szatni schroniska. Około 21.30 przyszli z recepcji i mówili albo płacimy albo mamy wyjść na zewnątrz. Byli groźni. Zaczęliśmy się zbierać do Vallota (schronu na wysokości 4362m.n.p.m). Jednak Hiszpanie, którzy również chcieli nocować „na krzywy ryj” przekonali nas, że musimy trzymać się razem. Recepcjonista zszedł do nas na dół jeszcze raz, gdy byliśmy przygotowani do podróży, powiedzieliśmy, że wychodzimy, jednak po jego odejściu Hiszpanie nas ostatecznie przekonali i zostaliśmy. Nie zapłaciliśmy za nocleg. Spaliśmy na ławce w szatni. Nasz sen trwał niecałe 3 godziny. Nikt nam nie przeszkadzał. Pomyśleliśmy „udało się!” Jednak po przebudzeniu,  około godziny 2 w nocy recepcjonista zobaczył naszego kolegę, którego poznaliśmy w schronisku, Polaka, Jarka, jak idzie do łazienki i zorientował się, że go oszukaliśmy. Cóż. Trzeba było szybko opuścić schronisko. Byliśmy mu w stanie zapłacić za spanie na ławce, ale nas wyśmiał. Dla francuzów 10 euro to marne grosze…

Z lekkim poczuciem moralnego kwasu wyruszyliśmy w drogę. 3 w nocy. Wężyk światełek podąża na szczyt. Z drogi na Dome du Gouter widać piękne oświetlone Chamonix. Jest zimno. Im wyżej, tym wietrzniej. Zaczynam marznąć. Około godziny 6 nad ranem po raz pierwszy widzę masyw Mont Blanc. Temperatura odczuwalna około -10 stopni . Widzę też schron Vallot. Chcę jak najszybciej się tan znaleźć. Po godzinie marszu i dalszej aklimatyzacji jesteśmy w schronie. Aklimatyzacja, a raczej jej brak daje mi się we znaki. Musimy odpocząć. Jestem zmarznięta. Samuel robi mi herbatę, Maks rozgrzewa dłonie. Rozmawiamy o sensowności zdobycia szczytu. Maks jest tym razem głosem rozsądku. Po około godzinie wyruszany ostatecznie na szczyt. Postanawiamy, że przejdziemy 1,5 h do góry i zobaczymy jak się będziemy czuć. Po 1,5 h mamy jeszcze około 200 m do szczytu. Jednak nie wycofujemy się. Mamy piękną pogodę silna motywację i dużo siły. Problemy aklimatyzacyjne zaczynają się z powrotem na grani szczytowej, która ciągnie się przez około 35 minut.

Na szczycie (4807 m.n.p.m.) stanęliśmy 21 lipca 2013 roku, w niedzielę, około godziny 12 w południe. Byliśmy strasznie zmarznięci i zmęczeni. Na szczycie człowiek nie odpocznie, bo jest zimno i wietrznie. Poszliśmy za potrzebą (niełatwa sprawa) , zjedliśmy kawałek czekolady, porobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i wyruszyliśmy w dół. Najniebezpieczniejsze było jeszcze przed nami- zejście. Podczas zejścia ginie najwięcej ludzi. CDN…

Komentarze: