Zdobyłam Mont Blanc! [Relacja: część 1]

Lato 2013 roku. Lipiec. Dokładnie 13. Sobota. Wyjeżdżamy do Francji na najwyższą górę Europy. Lekko podekscytowani, lekko zmęczeni pakowaniem i całym przygotowaniem. Jeszcze nie wyjechała, a już tęsknie. Ale jedziemy. Ja, Maks i Samuel. Samochód wypakowany po brzegi. Mont Blanc. Góra ta choć nie jest może najtrudniejsza, ale dla jeszcze młodych miłośników Alp stanowić może atrakcyjne wyzwanie.

Wyruszamy z Warszawy późnym popołudniem i czeka nas ciężka przeprawa po dach zapakowanym samochodem przez pół Europy. Najtrudniejsze jest oczywiście przedostanie się przez polskie drogi do granicy z Niemcami, aby już w ciągu nocy autostradami pokonać dalszą część trasy. 20 godzin w zasadzie bezustannej jazdy daje mocno w kość, jednak o poranku wita nas gładziutka tafla wody Jeziora Genewskiego, a następnie widok masywu Mont Blanc z przepięknie prezentującym się szczytem Aiguile du Midi górującym nad miastem Chamonix. Miejscowość robi ogromne wrażenie szczególnie z powodu lodowców schodzących prawie do miasta (Glacier des Bossons), ale również z uwagi na stromizną całego masywu górującego nad miastem. Teraz najważniejsze jest znalezienie noclegu na tanim kemingu w okolicach miasta (mimo że Chamonix obfituje w pensjonaty to wciąż nie są one na polską kieszeń).

Po podróży jesteśmy zmęczeni. Odpoczywamy na campingu u bardzo miłej starszej pani w Les Houches. Tam spędzamy 2 noce przygotowując się do wyjścia w góry. Zbieramy siły, dobrze się odżywiamy i odwiedzamy pobliskie miasteczka- Chamonix i La Fayet.
Tylko Polacy, którzy są przyzwyczajeni do chodzenia i wspinania się po Tatrach,zaczynają wyprawy alpejskie od samego dna doliny. Wszyscy inni wjeżdżają na Aiguile du Midi (3842m.n.p.m.), lub przynajmniej tramwajem (taka kolejka górska) na Le Nid d’Aigle (2372m.n.p.m.). Jako, że potęga tej części Alp nas nieco zaskoczyła, zdecydowaliśmy się wjechać tramwajem na Le Nid d’Aigle.

Rano, 16 lipca, we wtorek obudziła nas przepiękna pogoda i wprawiła w świetny nastrój zachęcając do walki z ciężkim podejściem. Czując lekką niepewność, co czeka na nas wyżej, wyruszyliśmy. Pierwszego dnia wjechaliśmy z miejscowości Les Houches (1000 m.n.p.m.) kolejką Telecabine Les Houches-Prarion, by po wjechaniu nią, przejść 25 minut do stacji Col de Voza, gdzie wsiedliśmy w tramwaj. Tramwajem dojechaliśmy do stacji końcowej czyli do le Nid d’Aigle (2372m.n.p.m).  Po drodze podziwialiśmy piękne alpejskie łąki, zjeżdżających na rowerach downhillowców, pasące się alpejskie krowy, tłumy turystów na łączkach przypominających naszą swojską Gubałówkę.

Teraz czekał nas 4 godziny trekking z plecakami wypakowanymi po brzegi. Zaczęliśmy powoli odczuwać jak aklimatyzują się nasze organizmy. Mniej tlenu i szybsze bicie serca zmuszały nas do częstszych odpoczynków na trasie…

Idąc skalną drogą, pokrytą momentami płatami starego śniegu mijamy Baraque Forestiere des Rognes ( 2768m.n.p.m). Jest to mały schron dla zmęczonych turystów. Można tu przenocować, skorzystać z toalety, bądź po prostu odpocząć. Po ponad półgodzinnym odpoczynku wchodzimy w bardziej strome żebro skalne, na którym pojawiają się pierwsze ferraty i ekspozycja. Droga jest dosyć przyjemna. Tylko plecak nieco ciężki. Po 2 godzinach dochodzimy szczęśliwie do schroniska Tete Rousse(3167m.n.p.m). Tam podziwiamy piękną ścianę Aig.de Tricot (3665m.n.p.m). Tutaj spędzamy około 40 godzin by się zaaklimatyzować. CDN…

Zachęcamy do śledzenia kolejnej części relacji z wyprawy. Już wkrótce w reJEStratorze .

Komentarze: