Srebrne lata Hollywood

Są ludzie z którymi trudno iść w konkury. Są role o których nigdy się nie zapomina. Są również filmy które się nie starzeją. Lata 50 to okres kiedy zaczęły pojawiać się na ogromną skalę telewizory i jednocześnie zaczęły pustoszeć kina, dlatego też twórcy zaczęli namiętnie walczyć o widza.

„Srebrne lata Hollywood” to nadal okres zdominowany przez twórców, którzy sławę zdobyli w latach 40. Nazwiska takie jak Billy Wilder, Alfred Hitchcock czy Elia Kazan pozostały nie do pobicia. Swoją karierę rozpoczynali wówczas Marlon Brando (skądinąd według mnie najlepszy aktor wszechczasów), James Dean, Kirk Douglas Steve McQueen, Gene Kelly czy Natalie Wood. Nazwiska wszystkim świetne znane. Kino natomiast wydało mnóstwo perełek. Niektóre z nich powinny być oglądane na stojąco!

„Na nabrzeżach” Eli Kazan to jeden z najgłośniejszych filmów lat 50. Od nakręcenia tego filmu minęło ponad 50 lat. Oglądając go można dojść do wniosku, że od tego czasu kino pod względem realizmu cofnęło się o krok wstecz. I choć trzeba powiedzieć że to skrajny pogląd, to naturalność i niewymuszona prostota jaką posiada „Na nabrzeżach” jest dziś czymś wręcz unikatowy. Za sprawą tego filmu młody Marlon Brando stał się idolem „straconego pokolenia”. Twardzi chłopcy z nowojorskich złych dzielnic zaczęli na początku lat. 50 chodzić do kina, a film ten przemówił do nich jak żaden inny. Koniec z hollywódzką fabryką snów, zamiast tego – powstał pierwszy film ostro krytykujący społeczeństwo.

Nie robiąc kolejnego powierzchownego dramatu, reżyserowi udało się wykreować drapieżny świat, rządzący się własnymi prawami. Terry Malloy (Marlon Brando) niegdyś utalentowany bokser, pracuje jako doker w kontrolowanym przez związki zawodowe nowojorskim porcie. Gdy Terry przyczynia się do śmierci kolegi, który chciał zeznawać przeciwko szefom związku, zaczynają dręczyć go wyrzuty sumienia. Mężczyzna zakochuje się na dodatek w siostrze zamordowanego pracownika. Gdy jego brat zostaje zabity, Terry, z pomocą dziewczyny i miejscowego księdza postanawia walczyć o sprawiedliwość. Mężczyzna składa wyjaśnienia przed Portową Komisją Dochodzeniową, dzięki czemu wychodzą na światło dzienne przestępstwa popełniane przez zarząd związku zawodowego. To brutalny świat w którym obowiązuje zasada: „Uderz człowieka, zanim on uderzy Ciebie”.

„(…) Powiedzieli mi, bym wzięła tramwaj zwany „Pożądanie”, a następnie przesiadła się do innego, o nazwie „Cmentarze” – mówi Blanche Dubois na samym początku kolejnego filmu Eli Kazan ,,Tramwaj zwany pożądaniem’’. Jeden z najbardziej zasłużonych reżyserów w historii kina, cechujący się zamiłowaniem do kontrowersji, decydując się na adaptację odważnej sztuki Tennessee′a Williams′a musiał przygotować się na znaczne ograniczenia, jakie nakładała na niego ówczesna cenzura. Jednak posiadając szczególne umiejętności kształtowania obrazu oraz kierowania aktorami, zdołał uzyskać wielowymiarowość ich postaci, zmuszając nas – widzów do wnikliwej obserwacji ich zachowań, z których czerpiemy wiedzę na temat relacji, stanowiących fundament treści całego filmu. W magicznej historii tramwaje nie mają numerów, tylko nazwy. „Bohater” tej opowieści zwany jest „Pożądaniem”. Cierpiąca na chorobę psychiczną – Blanche Dubois( Vivien Leight)- odwiedza swoją siostrę Stellę i jej męża – Stanleya Kowalskiego( Marlon Brando). Stella opuściła rodzinną rezydencję przed dziesięcioma laty, zostawiając Blanche z wszystkimi problemami z nią związanymi. Konfrontacja kompletnie przeciwstawnych charakterów Stanley i Blanche oraz ciągłe emocjonalne napięcie prowadzą do kłótni i awantur. Blanche to wykazująca objawy choroby psychicznej trzydziestoletnia kobieta, od której pachnie erotyzmem, i która rzuca wyzwanie mężczyznom wokół – także Stanleyowi. Ich dziwna relacja opiera się na miłości i nienawiści. Co ja się będę rozpisywać: czapki z głów!

Kiedy wspomina się kino lat 50 nie można pominąć „Bulwaru zachodzącego słońca” Billy’ego Wildera. Sunset Boulevard to główna ulica Hollywood. Nazwa znakomicie wpisuje się w specyfikę Fabryki Snów, łącząc tandetny blask fałszywego blichtru z niekwestionowaną władzą nad ludzkimi marzeniami, pragnieniami, ideałami i wyobrażeniami. Przy Sunset Boulevard mieszka Norma Desmond, gwiazda kina niemego – niegdyś świetlista, dziś już niemal całkowicie zapomniana. Próbując wrócić na ekran, główna bohaterka, Norma Desmond (Gloria Swanson), związuje się z młodym scenarzystą Joe Gillisem (William Holden), zlecając mu napisanie scenariusza, którego sfilmowaniem zajmie się jeden z największych reżyserów w Hollywood, Cecil B.DeMille, a jej samej przypadnie tytułowa rola Salome. Aktorka żyje złudzeniami o swej niekończącej się popularności, wierzy, że dzięki roli Salome powróci na ekrany w wielkim stylu, ponieważ jak twierdzi ciągle „jest wielka, tylko kino zrobiło się małe”. Jedna z wytwórni wydzwania ustawicznie, a liczne listy od fanów utwierdzają ją w przekonaniu, że publiczność o niej nie zapomniała i że wciąż jej potrzebuje. Telefony w rzeczywistości dotyczą jedynie starego samochodu, który potrzebny będzie podczas kręcenia zdjęć, a listy od rzekomych fanów notorycznie piszę Max, lokaj, który odkrył Normę, zrobił z niej gwiazdę. Był jej reżyserem a następnie mężem. Joe jako kochanek i utrzymanek pięćdziesięcioletniej aktorki w pewnym momencie zaczyna mieć dość sytuacji w której się znalazł. Ucieka z rozpadającej się posiadłości. Ten chory związek oparty na urojeniach, nieszczerości i fałszu nie mógł zakończyć się szczęśliwie. I tak też się dzieje – cała historia jest przecież pośmiertną opowieścią scenarzysty. Jego trup bezwładnie unosi się w podświetlanej wodzie basenu przywróconego przez Normę do dawnej świetności na życzenie ukochanego, który marzył o takim basenie przez całe życie. Z offu płynie głos nieboszczyka który z dystansem i czarnym humorem komentuje życie pani Desmond. Aktorka spełniła swoje marzenie. Dokonując zabójstwa Joego po raz ostatni występuję przed kamerą, kiedy dziennikarze relacjonują dokonane przez nią zabójstwo.

„Bulwar zachodzącego słońca” to film o kręceniu filmu. Jest to temat stary jak świat i wykorzystuje się go także dziś. Wystarczy spojrzeć na niektóre dzieła chociażby braci Coen czy Roberta Altmana. Twórca sięga po jeden z najważniejszych amerykańskich mitów – mit kina, , większego niż życie, dalekiego od zwykłych śmiertelników: magicznej krainy marzeń i złudzeń zamieszkałej przez pięknych i doskonałych, wiecznie młodych bogów i boginie. Kazan odsłania przed nami kulisy tego mitu, ukazując jego fałsz i iluzoryczność. Postać Normy przywodzi na myśl los aktorów kina niemego, którym nie udało się wkroczyć w film dźwiękowy. Sam Wilder był na tyle cyniczny by zaproponować angaż dawnym gwiazdom kina niemego w Hollywood – mowa tu o Mae West, Mary Pickford i Mae Murra, które jednak odrzuciły propozycję. Jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało, ten film ocieka filmem. W swoich prawdziwych wcieleniach wystąpił Cecil B.DeMille czy Buster Keaton. Rolę Maxa odegrał Erich von Stroeim, jeden z najbardziej uznanych reżyserów. Do epoki kina niemego nawiązuje również jeden z numerów Charciego Chaplina w wykonaniu Glorii Swanson.

Na sam koniec dla mnie chyba najlepszy dramat sądowy jaki kiedykolwiek powstał. Mowa tu o „Dwunastu gniewnych ludziach” Sidneya Lumeta. To naprawdę zadziwiające, że można stworzyć genialny film ograniczając się jedynie do jednego pomieszczenia! Nie jest to na pewno produkcja typowo hollywoodzka. Film jest oparty głównie na świetnych dialogach pomiędzy dwunastką sędziów przysięgłych. Są to ludzie różniący się między sobą pod wieloma względami. Każdy z nich jest inny, a przekonanie któregokolwiek do zmiany wcześniej podjętej decyzji, to nie lada zadanie. Film nie jest patetyczny, a dialogi i bohaterowie są szczerzy w swoich postawach i poglądach. Oglądając film można odnieść wrażenie, że widz znajduje się w samym środku burzliwych dyskusji. Ciężko jest się oderwać nawet na chwilę!

Dziękuję wszystkim za uwagę. Na kolejny odcinek „Wynurzeń” zapraszam za miesiąc. A teraz cytat, który będzie świetną zapowiedzią kolejnego odcinka! Ogłaszam również konkurs. Uwaga! Z jakiego polskiego filmu pochodzi poniższy cytat? Przewidziane atrakcyjne nagrody, a jedną z głównych będzie oczywiście – satysfakcja! ;)

„A w filmie polskim, proszę pana, to jest tak: nuda…nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana… Dialogi niedobre…bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje. A polski aktor, proszę pana… To jest pustka… Pustka proszę, pana… Nic! Absolutnie nic. Załóżmy, proszę pana, że jak polski aktor, proszę pana…gra, nie?…widziałem taką scenę kiedyś…na przykład, no ja wiem???.. Na przykład zapala papierosa, nie? Proszę pana,zapala papierosa…i proszę pana patrzy tak: w prawo…potem patrzy w lewo…prosto…I NIC…dłużyzna proszę pana…To jest dłu… po prostu dłu… dłużyzna, proszę pana. Dłużyzna.. Proszę pana, siedzę sobie, proszę pana, w kinie… Pan rozumie… I tak patrzę sobie… siedzę se w kinie proszę pana… Normalnie… Patrzę, patrzę na to… No i aż mi się chce wyjść z… kina, proszę pana… I wychodzę… I kto za to płaci? Pani płaci, Pan płaci.. Społeczeństwo.’’

Komentarze:

Piotr Babicki Piotr Babicki pisze:

A propos zagadki: bezkonkurencyjny duet Himilsbach – Maklakiewicz w „Rejsie”. Czyżby zapowiadał się anty-polsko-kinowy wpis? Czekam z niecierpliwością i przygotowuję się na polemikę :) Póki co – powodzenia maturalnie!