Rozmowy z Kapitanem, odcinek 1

Telefon zadzwonił nad ranem. To na pewno nie budzik – pierwsza, metampsychotyczna myśl z poza świata snu dotarła do mojej głowy. Nie miałem tego uczucia gwałtu, nieświadomie dokonywanego na sobie samym kilka godzin wcześniej, kiedy to tak beztrosko planuje się pobudkę. Dźwięk wskazywał na to, że to ktoś się do mnie dobijał. Sen miałem bardzo przyjemny, ale już zacząłem zapominać, czego dotyczył. Odkleiłem głowę od poduszki i rozlepiłem powieki. Światło słoneczne raziło mnie w oczy…

Popołudniało. Ubiegłej nocy trochę poszalałem i nie byłem jeszcze pewny, czy w dobrym, czy złym znaczeniu tego słowa. Wyciągnąłem rękę po telefon. Lekko drżała. Muszę kupić magnez czy coś takiego. Numer zastrzeżony.

– Tutaj Kapitan Starachowice. Zgadzam się na wywiad, o który mnie prosiłeś. Bądź o 16 na wieży ciśnień, tej w strefie.

Podziękowałem i powiedziałem, że się zjawię. Nie zdążyłem zdać sobie sprawy z tego, że nie wiem o jaki wywiad chodzi. Co więcej nie jestem nawet dziennikarzem.

Usiadłem na łóżku i ubrałem się w to co leżało na podłodze. Znalazłem łazienkę, gdzie przemyłem twarz i przepłukałem usta. Przyglądałem się jeszcze chwilę w lustrze, jak ścieka ze mnie woda. Zebrałem portfel ze stołu i wyszedłem. Miałem jeszcze trochę czasu, żeby wpaść do domu, ogarnąć się i coś zjeść.

Zastanawiałem się, jak się w ogóle robi wywiad. Mam go nakręcić, czy normalnie porozmawiać z nim? Co może być potrzebne? Dlaczego zadzwonił do mnie? Skąd ma mój numer? Kapitan chyba jeszcze nigdy nie udzielał wywiadu.

Nieczynna wieża ciśnień na terenie Specjalnej Strefie Ekonomicznej, to jeden z lepiej widocznych punktów w tej części miasta. Wygląda jak wielki pojazd obcych zalany betonem wraz z tym całym promieniem porywającym krowy. Trudno było nie trafić. Nigdy nie byłem jednak pod samą wieżą i nie wiedziałem jak dojść w bezpośrednią odległość. Brawurowo przeszedłem więc przez pierwsze z brzegu wejście, gdzie widniał znak zakazu przedstawiający przekreślony symbol człowieka z oderwaną albo zamalowaną głową. Nikt mnie nie zastrzelił i optymistycznie odczytałem to jako pomyślną wróżbę.

Kiedy zbliżałem się do wieży, latający spodek dobitnie zaczął teraz przypominać gigantycznego grzyba z blaszkami, takiego, dajmy na to, rydza. Budynek, był całkiem spory, szczególnie jak na Starachowice i robił nawet niezłe wrażenie. Drzwi były zamknięte, a na pukanie nikt nie odpowiadał. Nie wiedziałem jak wejść. Tak się złożyło, że po drodze nie spotkałem nikogo, kto mógłby mi pomóc ani też mnie stąd wyrzucić. Z resztą, co ja miałem powiedzieć? Że w sumie nie jestem z prasy, ale przyszedłem tutaj na wywiad z lokalnym superbohaterem. Pewnie wzięliby mnie za wariata. Ale co mi tam – pomyślałem – skoro i tak już tu jestem to spróbuję.

– Sezamie otwórz się! – rozkazałem i od razu poczułem się jak idiota. Oczywiście nic się nie stało. Wziąłem głęboki oddech, zapukałem jeszcze raz i powiedziałem: Panie Kapitanie, przyszedłem na wywiad i chciałbym wejść. – Po tych słowach coś kliknęło, drzwi same się otworzyły, a moim oczom ukazała się pusta winda. Westchnąłem i wszedłem do środka.

Dopiero kiedy jechałem na górę zacząłem zastanawiać się kim jest człowiek, z którym mam się spotkać. Oczywiście słyszałem o Kapitanie Starachowice, jak każdy, ale nigdy jeszcze go nie widziałem. Moja wiedza nie wychodziła zresztą poza przeciętną. Mówiło się na mieście, że to superbohater, który walczy z przestępczością i do tego nosi lokalno-patriotyczny kostium. Niektórzy mówili, że nie jest bohaterem. Jest tylko tym czego Starachowice potrzebują żeby był. Bo czasem prawda nie wystarcza, czasem ludzie pragną czegoś więcej. Chcą, by ich wiara została wynagrodzona. Jest Bohaterem, na którego Starachowice zasługują, ale którego teraz nie potrzebują. Więc będziemy go ścigać, ponieważ może to znieść. Kapitan nie jest bohaterem. Jest cichym strażnikiem, obrońcą i obserwatorem. Jest… Czy ja słyszę bębny?

Drzwi windy otworzyły się ze skrzypieniem podobnym w brzmieniu do wielkiej trąby. Stałem w pomieszczeniu, które wyglądało na centrum dowodzenia. Przeszedłem przez nie, podziwiając skomplikowaną aparaturę, której przeznaczenia nie znałem. Wyszedłem przez otwarte drzwi na otaczający wieżę taras. Wiatr, silniejszy na tej wysokości, szarpał moim ubraniem. Stał przede mną Kapitan Starachowice; zamaskowany, w niebieskim płaszczu, z wielkim herbem Starachowic na piersi i kompletnie szalony…

Komentarze:

drom8 pisze:

Autorowi tego tekstu doradzam niezwłoczną konsultację z psychologiem

Kacper Celuch Kacper pisze:

El Kapitane!