To miasto, w którym…

Na pytanie: „skąd jesteś?”, odpowiadałam zawsze, zgodnie z prawdą i bez dumy, że ze Starachowic. Reakcja ludzi w Lublinie, gdzie kiedyś studiowałam: „A! mafia starachowicka!”. Reakcja ludzi w Warszawie, gdzie uczę się obecnie: „To gdzieś na Śląsku?”. Być może mylą nasze miasto z wrocławskim lotniskiem Strachowice lub z Czechowicami-Dziedzicami – nie wiem, nie dociekałam, bo zaraz skupiałam się na wytłumaczeniu, cóż to za miasto te Starachowice.Pojedyncze osoby pytały o fabrykę Stara, o 111-tkę (to przy egzaminie na wiedzę o teatrze), inni bąkną coś o jakiejś aferze, ostatnio o prezydencie… Nauczyłam się więc definicji mojego miasta i mówiłam wywracając oczami: „Jestem ze Starachowic, w województwie świętokrzyskim, 50 km od Kielc. Tak, to tam gdzie była mafia i afera, gdzie jest Constar, w którym myją kiełbasy oraz Man zamiast Stara, i tam właśnie rządził Wojciech B.”. Przyłapałam się na tym i mocno się zawstydziłam. Bardziej za siebie niż za miasto, choć to wszystko przecież prawda. Jestem starachowiczanką – narzekaczką (właściwie to nasza cecha narodowa) i łatwiej mi mówić o tych złych stronach. Na pytanie: „co słychać?”, odpowiadałam zawsze, że nic ciekawego albo po prostu nic. Jestem smutną dziewczyną z małego miasta, gdzie „nic się nie dzieje”.

Kiedy już do tego doszłam, postanawiam to zmienić. Chcę być na tak! Dlatego na pytanie, skąd jesteś od teraz opowiadam: że ze Starachowic – miasta, w którym… No właśnie… Co? Otóż moja wersja brzmi: miasta, w którym urodziła się Krystyna Janda! Albo o tym nie wiemy, albo o tym zapomnieliśmy. Dlaczego Krystyna Janda nigdy nie wystąpiła u nas z którymś ze swoich monodramów, które zna chyba cała Polska? Dlaczego jej teatr nie przyjechał do nas ze spektaklem, który wystawia w najróżniejszych miastach? „Nie jeżdżę tam, gdzie mnie nie zapraszają”. Dlaczego nikt nie zaprosił Krystyny Jandy do Starachowic? Czyżby fakt, że to jej miasto rodzinne, nie jest wspaniałym pretekstem do nawiązania współpracy z Fundacją Krystyny Jandy na Rzecz Kultury? Czasem z żalem i z zazdrością słucham o małych miasteczkach, które mają swoje teatry, choćby tylko impresaryjne. Nikt im ich nie zesłał, musieli sami o nie zadbać.  Może warto o tym pomyśleć…

Żeby coś zaczęło się dziać, wystarczy być na tak!

Komentarze:

iwona pisze:

Hmmmm mnie najbardziej rozbawiło stwierdzenie jednego notabene bardzo uroczego Warszawiaka ;-) „Starachowice? To te koło Wąchocka?”

Bartek T. Czapka Bartek T. Czapka pisze:

Wydaje mi się, że niektórzy myślą, że Starachowice=Siemianowice :)

b.

Dawid Kołda Dawid Kołda pisze:

Tak, to „sadowienie” Starachowic na Górnym Śląsku jest powszechne. Ostatnio gadałem z facetem z Olsztyna. gdy powiedziałem mu skąd jestem jego reakcja brzmiała: „to na Śląsku? ;] A gdy mieszkałem koło Opola, to znajomi z pracy myśleli, że rejestracja TST oznacza powiat Tarnowskie Góry (to tez na Górnym Śląsku) :>

Michał pisze:

No to trzeba będzie to zaproponować np. panu dyrektorowi Kordeuszowi.

Michał Minda Minda pisze:

Dokładnie. Nikt nie będzie uważał nas za wyjątkowych, jeśli sami będziemy przedstawiać siebie jako przeciętniaków. Taka jest niestety prawda, chyba że zmieni to JES :) To dość przewrotne, że z reguły my – „chwalipiętki” – zamiast nakręcać, reklamować, krótko mówiąc szczycić się swoim miastem, prezentujemy się ludziom z najgorszej strony. Przecież nikt z nas, poznając nowych ludzi nie mówi na wstępie, że ma skoliozę, że jest bałaganiarzem, że nie zapłacił rachunku sprzed dwóch miesięcy albo, że ma magistra chociaż nic z zakresu studiów nie umie. Trochę nie sprawdzamy się w naszych codziennych „rozmowach kwalifikacyjnych”. Dlaczego? Czy miejsce skąd pochodzimy nic nie znaczy? Pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że znaczy bardzo wiele. Jeśli wymieniam się z kimś wizytówkami, to nie podaję mu starej i brudnej, tylko wyjmuję czystą z wizytownika patrząc czy przypadkiem nie jest zagięta. Podrasujmy trochę nasze wizytówki!
Swojego czasu, Hans Hoeffmann (którego być może niektórzy kojarzą i znają historię przyjaźni z II LO łącznie z wyjazdem całej szkoły do Rzymu) odwiedzając Starachowice wraz z byłym sekretarzem bp Emerym Kabongo powiedzieli bardzo ciekawy przykład, a może raczej wyjaśnienie dlaczego tak bardzo chcieli odwiedzić nasze miasto. Bp Kabongo pochodzi z Afryki, jedno z tamtejszych powiedzeń mówi, że dobrze znać miejsce skąd pochodzą dobre owoce. Obaj chcieli zobaczyć zarówno Starachowice jak i Polskę, bo uważają, że stąd pochodzi wielu wybitnych ludzi, wspaniałych przyjaciół, a smak tych owoców (przyjaźni) jest wyjątkowy.
Ludzie chwalmy się. A jeśli uważamy, że nie mamy czym, to zacznijmy działać, a nie narzekać! Dlatego właśnie z całego serca kibicuję inicjatywie JES. Brawo! Chapeau bas!

To taki „krótki” komentarz do pierwszej części. Z drugą jedynie mogę się zgodzić i stwierdzić w nawiązaniu do powyższego, że nie wykorzystujemy swojego potencjału i możliwości.

m.m.

Milena Piechowska Milena pisze:

Doriss, właśnie mi uświadomiłaś, że ja także, mimo woli, stworzyłam sobie definicję Starachowic i jest ona bardzo podobna do Twojej – właśnie zaczynam się siebie wstydzić…

Łukasz "Azor" Zatorski Łukasz "Azor" Zatorski pisze:

Tylko że kim jest Zapendowska czy Janda przy Geddym Lee, wokaliście i basiście legendy rocka, Rush, którego rodzice urodzili się i żyli w Starachowicach, a tuż po wojnie wyemigrowali do Kanady? :) Nasza krew pisała historię współczesnej muzyki.

Piotr Babicki Piotr Babicki pisze:

Moniko myślę, że JES :)

monika pisze:

W Starachowicach urodziła się też Elżbieta Zapendowska, która co roku zapraszana jest np. do Końskich, gdzie prowadzi fantastyczne warsztaty wokalne. Czekamy na takie wydarzenia w Starachowicach, które w tym roku stawiają na piosenkę – potencjał jest spory. Kto chętny do pomocy w organizacji takiej imprezy?