Opór i pozdrowienie

Któregoś czerwcowego dnia przyszło mi zdawać egzamin w okolicznościach dość nietypowych. Jako że wykładowca, młody, sympatyczny doktor, nie mógł po zajęciach zostać w sali, w której chciał mnie odpytać, a nie miał – jak się zaraz okazało – pieniędzy, by zapłacić za siebie w jakiejś kawiarni (zapomniał portfela, zaś propozycję pokrycia kosztów kawy odrzucił, twierdząc pół żartem, że była by to korzyść majątkowa), uradziliśmy, że egzamin odbędziemy na ławce na Plantach, tuż obok wyjścia z wydziału.

Kiedy już wyprodukowałem się na temat politycznej wymowy serialu „Z Archiwum X”, odbyła się uczona konwersacja skwitowana oceną, po czym udaliśmy się w drogę powrotną w tę samą stronę i na takiż przystanek. Ba, czekaliśmy nawet na przyjazd tego samego tramwaju, jedynki. Ponieważ było już po egzaminie, z sympatią użyczyłem doktorowi bezzwrotnej pożyczki 2,50 zł na bilet do domu, po czym wsiedliśmy do tramwaju, kontynuując rozpoczętą wcześniej luźną rozmowę.

W tej oto rozmowie, ów doktor zwierzył się ze swoich planów naukowych, twierdząc, że w pracy habilitacyjnej chciałby się zająć analizą dwóch trendów kultury, mających wedle jego przekonania największy wpływ na kształtowanie osobowości ludzi żyjących współcześnie: gier komputerowych oraz seriali telewizyjnych.

Ja z kolei mam nadzieję, że obecność w tym miejscu moich wpisów nieco podważy taki obraz naszej kondycji. Chciałbym żyć w świecie, w którym powyższa diagnoza pana doktora nie jest aż tak słuszna i pewna. Wobec tego, postaram się zrobić co tylko w mej mocy, aby jak największa liczba osób mogła tak postawionej tezie stawić czynny opór. Pokłócić się o to, zaświadczyć, wskazać.

Wolałbym, aby osoba, naprzeciwko której usiądę w poczekalni lub w pociągu, nie była tylko tym, co zje, wypije, gdzie się zabawi i jakie kupi kafelki, ale zwłaszcza kimś, kto jest ciekawy świata, innych ludzi, kto się nad czymś zastanawia, coś przeczytał, zrozumiał, czegoś doznał, gdzieś się zaangażował, temu i tamtemu zawierzył, a tamto i to odrzucił. A przede wszystkim – zechciał się wybranym ułomkiem z tego podzielić z nieznajomym, ze mną.

Witajcie, Nieznajomi.

Komentarze:

Brat Nikolaus pisze:

A tak poza tym to winien jestem przeprosiny Panu Azorowi, gdyż i ja nie odniosłem się dotąd do tematu. Przede wszystkim muszę wspomnieć, że tekst jest znakomity i nie pozostawia cienia wątpliwości, iż kolejne, które się tu pojawią, będą warte przeczytania i przedyskutowania.

Ja sam nie oglądałem żadnego serialu od czasu „Przyjaciół” kilka lat temu. Z tej przyczyny trudno mi się wypowiedzieć bezpośrednio na temat owych hałsów, kalifornikejszynów etc., niemniej mam okazję obserwować na co dzień, jak kształtują one sposób myślenia i zachowania osób w moim otoczeniu. W tej kwestii zgadzam się zasadniczo z tym, co napisała Bernadetta. Można by argumentować – nie bez racji – że tego rodzaju inspirowanie się bohaterami z telewizji nie jest niczym nowym (kto nie chciał być kiedyś Indiana Jonesem albo Lukiem Skywalkerem? No, Lukiem może nikt, bo był brzydki.) Teraz jednak nie dostrzegam, by ta inspiracja sięgała dalej niż chęć bycia „fajnym”, nie przekłada się to na żadną ewolucję osobowości, a jedynie na przybranie kolejnej pozy, którą można uznać za analog modnych ciuchów.

Wydaje się, że filmy (a seriale w szczególności) w coraz mniejszym stopniu podsuwają odbiorcy wzorce, w coraz większym zaś, wychodząc na przeciw publiczności, dopasowują się do wzorców, które są już kultywowane przez jak największą część społeczeństwa – w ten sposób, rzecz jasna, nie mogą napędzać żadnego rozwoju, a tylko wspierać regres intelektualny.

Zapewne taka strategia postępowania jest jedną z przyczyn, dla których filmy są coraz częściej kręcone „wg jednego scenariusza”. Dla przykładu: jakiś czas temu miałem ochotę na film wojenny. Oglądałem już wszystkie, do których akurat miałem dostęp, postanowiłem więc dać szansę Pacyfikowi (jeden z ostatnich miniseriali HBO). Owszem, ilość krwi i flaków odpowiadała moim preferencjom, jednak któryś z kolei odcinek okazał się być… w całości o laskach. Ani jednego wystrzału, ani jednej latającej nogi! Godzina wycięta z życiorysu. Kiedyś to było nie do pomyślenia – czy Anthony Hopkins myślał o dziewuchach broniąc mostu w Arnhem? Albo David Niven, drapiąc się po skałach Nawarony? Gdybym chciał obejrzeć film o obracaniu lasek, to obejrzałbym… jakiś film o obracaniu lasek.

No dobrze, poprzedni akapit nie jest na poważnie.

Ale tak właściwie pytanie brzmi: czy to ma znaczenie? Myślę, że marginalne. :) Pewnie, wielu ludzi spędzi swoje życie bezrefleksyjnie siedząc przed telewizorem i pochłaniając tę niesławną „papkę” do golemizacji konsumpcyjnego społeczeństwa, ale jeśli ktoś nie ma ambicji większych, niż bycie trybikiem w społecznej machinie, to seriale ani mu nie pomogą, ani nie zaszkodzą. Takich ludzi zawsze było i zawsze będzie wielu (może większość) i niewiele się zmienia w tej kwestii – choć prawdą jest, że mozna kształtować ich za pośrednictwem seriali i gier na różne sposoby i w tym sensie pan doktor miał rację. Znam jednak mnóstwo osób, które czytają dobre książki, oglądają dobre filmy i ogólnie: pozwalają dawać sobie do myślenia i to nie są odosobnione przypadki, lecz cała klasa ludzi.

Podsumowując – muszę zgodzić się z panem doktorem, jeśli chodzi o statystykę. Nie uważam jednak, by stanowiło to istotne zagrożenie dla idei samodzielnego myślenia.

Brat Nikolaus pisze:

Droga Bernadetto, przypuszczam, iż nie do końca się zrozumieliśmy. Choć, w rzeczy samej, mój szacunek do zasad wszelkiego rodzaju jest ograniczony, wierzę wszakże, że nawet dla Nieznajomej liczą się również inne przymioty ducha, jak choćby łagodność, życzliwość, dobroć serca – nie tylko bezkompromisowość w przestrzeganiu reguł języka.

Swoją drogą, muszę Ci wyznać, że mój poprzedni komentarz utrzymany był w tonie ironicznym, by nie rzec: prześmiewczym, dlatego też m.in. pozwoliłem sobie na tę małą zabawę i wspomniałem o „upomnieniu słownym” – rozszerzając pole znaczeniowe „słowa” na, można powiedzieć, „znak językowy” (co było o tyle uzasadnione, że owo tłuczenie kijem miałoby być jedyną dostępną formą komunikacji, a zatem zastępowałoby język mówiony), a do czego prawo zapewniła mi zawsze wyrozumiała licentia rhetorica.

W każdym razie zdaje mi się, że ogólnie prezentujemy ten sam pogląd, dlatego też serdecznie Cię pozdrawiam. (Jeśli się mylę to popraw mnie; pozdrowienia tak czy inaczej możesz sobie zachować.)

bernadetta pisze:

Seriale! Mam wrażenie, że dziś dla połowy populacji, upodobnienie się do aroganckiego lekarza, pozbawionego emocji i genialnego w swej dziedzinie, staje się celem monotonnej egzystencji. Powyższa dyskusja doskonale pokazuje jaki wpływ na społeczeństwo mają bohaterowie małego ekranu. Wyidealizowani, nieomylni, wyreżyserowani.

Odważnym, ewentualnie głupim, można nazwać kogoś, kto podejmując polemikę na temat języka, podając kolejne argumenty na słuszność swojej tezy, popełnia paradoksalnie ten sam błąd, który krytykuje. Pozwolę sobie zacytować :”Innowacje byłyby karane upomnieniem słownym poprzez tłuczenie kijem po głowie.”
Bracie Nikolausie, gratuluję odnalezienia bratniej duszy. Obawiam się jednak, że możesz być wykreślony z listy osób na tyle szanujących język polski i jego zasady, by móc w gronie przyjaciół Nieznajomej się znaleźć.
Nie jestem specjalistką, daleko mi do bycia chociażby biegłą w tej dziedzinie, ale nawet będąc takim szarakiem, wiem, że słowa kijem nie tłuką.

Może jednak zaakceptujmy cywilizację i postęp, takimi, jakimi są i przestaniemy silić się na nieistniejącą perfekcję?

To tylko moje skromne zdanie, za którym żadne tytuły, osiągnięcia ani wyróżnienia nie stoją, toteż mogę się rzecz jasna mylić.

fofofofo pisze:

:)

Babaloo pisze:

Witam, chciałbym się odnieść do tezy postawionej przez „owego doktora”, która w dużej mierze jest słuszna (choć jak dla mnie zbyt ogólnie postawiona). Spójrzmy najpierw na seriale i zadajmy sobie pytanie jaki wizerunek ludzi jest w nich kreowany? Otóż w większości przypadków bohaterami są ludzie dobrze zarabiający, mający lekką prace i których problemy życiowe sprowadzają się głównie do problemów miłosnych. No dobrze a teraz spójrzmy na druga stronę, czyli na przeciętnych młodych odbiorców, którzy utożsamiają się z tymi postaciami, zaczynają budować wyobrażenie, że przyszłość tak właśnie będzie wyglądać jak w serialu. I co otrzymujemy? – osobę, która ma wewnętrzne przekonanie, że wszystko w życiu łatwo przychodzi. Więc ja się pytam, jakie głębsze wartości przekazują seriale? Czy jedynym ich celem jest pompowanie fałszywego wizerunku rzeczywistości? Ok. zaraz ktoś mi zarzuci, że przecież nie wszyscy widzowie regularnie oglądają dane seriale. Zgadzam się, ale jak do tego dorzucimy całą papkę telewizyjną to sytuacja drastycznie się pogarsza. Czemu? Prosta sprawa, w telewizji osoba sukcesu to osoba, która poszła na skróty, na łatwiznę, a nie taka która doszła do czegoś latami nauki. Inna kwestia którą przekazuje telewizja to wszędobylski kult pieniądza, jako najwyższej wartości. Albo show taneczno-muzyczne – wydawało mi się, że muzyka jest rozrywką a nie maszyną napędzającą gospodarkę krajową, czemu nie zrobimy show na najlepszego inżyniera? Więc młoda osoba bombardowana takimi wartościami telewizyjnymi, staje się płytka, bez zainteresowań, mająca ograniczoną wizje świata, ale za to mając pewność że wszystko jej łatwo przyjdzie. A co najgorsza to nie jest tylko moje teoretyzowanie, takie sylwetki młodzieży szkolnej często się spotyka. Zatem osobiście uogólniłbym tą tezę do telewizji. Co do gier komputerowych może innym razem się wypowiem, bo tutaj nie mam jednoznacznego stanowiska.
Oczywiście to tylko moje subiektywne odczucia wynikające z obserwacji młodzieży szkolnej i jestem świadomy, ze nie każdy się z tym zgodzi. Ponadto pisząc to nie miałem na myśli ogółu młodzieży, bo oczywiści są wyjątki.
Pozdrawiam
B.

Łukasz "Azor" Zatorski Łukasz "Azor" Zatorski pisze:

PS. Tym razem w nawiązaniu do pierwszego z cytowanych fragmentów: ja również wreszcie pragnę nawiązać rozmowę.

Łukasz "Azor" Zatorski Łukasz "Azor" Zatorski pisze:

Z radością obserwuję, jak hejterskie grono pod moim pierwszym postem się powiększa. Być może dawniej mógłbym się ucieszyć z tak licznych okazji do dysput i polemik, jednakże nie ma sensu tracić czasu na kogoś, kto nie odnosi się do tezy czy odezwy zawartej w treści mojego tekstu, ale na siłę próbuje udowodnić swoje lingwistycznie kompetencje, nie mając przy tym krztyny racji, zaś rzeczowe argumenty z mojej nazwa „wydumanymi”, zaś mnie „uzurpatorem naukowości”.

Może jednak odniesiecie się do tego, co jest sednem mojego postu, mianowicie: czy faktycznie seriale telewizyjne czy gry komputerowe tak bardzo pochłaniają nasz czas na rozrywkę i kulturę, że na inne formy intelektualnego rozwoju nie mamy już ani miejsca ani ochoty? Z przyjemnością wysłuchałbym waszego zdania na ten temat, tego czy sami dostrzegacie w tym problem, nie pasuje wam to, lub przeciwnie: taki jest znak czasów i nie ma w tym nic złego. Lub jeszcze innych, pośrednich stanowisk. Taka dyskusja, jaka się wywiązała powyżej, tylko ujmuje zarówno mi, jak i wam, cennego czasu życia.

Sam jestem wielki fanem seriali, więc nie wypowiadam tego sądu ze stanowiska zgrzybiałego nestora, który widzi we współczesnym świecie tylko zdziecinnienie i degrengoladę, lecz kogoś, kto również używa innych dziedzin kultury do tego, by światu się przyglądać i ten świat na różny sposób sobie oraz innym tłumaczyć.

Natomiast moje „napuszenie” czy „megalomania”, jak to zostało nazwane, jest tylko i wyłącznie gombrowiczowską gębą, którą gram świadomie i z dystansem. Szkoda tylko, że trzeba koniecznie używać emoticonów czy innych wynalazków, żeby druga mogła się domyślić, że coś jest pisane dla zgrywy i niepoważnie. Szczerze mówiąc, bardziej wierzyłem w wasze poczucie humoru.

Podsumowując: zgodnie z tytułową radą autobiografii Jamesa D. Watsona „Avoid boring people”, nie będę już się odnosił do uwag w stylu „napuszony doktorant” czy „to się pisze tak i tak”. Ale, czego nie mogę sobie odmówić po ostatnim poście BeYot (czy naprawdę nikt nie ma odwagi podpisać się imieniem i nazwiskiem pod własnymi słowami?), podam mu dwie proste falsyfikacje jego ortograficznych uwag o „naprzeciwko” i „byłaby”.

Oba przykłady są – nieprzypadkowo – z powieści Fiodora Dostojewskiego pt. „Idiota”:

Już na pierwszej stronie:

„W jednym z wagonów trzeciej klasy od samego świtu znaleźli się naprzeciwko siebie tuż przy oknie dwaj pasażerowie – obaj młodzi, prawie bez bagażu i niezbyt strojnie przyodziani, obaj o dosyć ciekawych fizjonomiach i obaj pragnący wreszcie nawiązać rozmowę”.

Kilka stron dalej:

„Przepychu nie lubiła i nie tylko nie groziła kłopotami czy raptowną zmianą, ale zdolna byłaby nawet uprzyjemnić życie. Urodą odznaczała się wybitną, chociaż nie tak efektowną. Czy mógł Tocki znaleźć lepszą żonę?”

Cóż pozostaje mi powiedzieć: żonę można sobie wybrać, zaś niektórych czytelników – nie.

BeYot pisze:

Na początek odrobina kurtuazji. Cytując już klasyka: „dziękujemy” (i tak pewnie mało kto oglądał Jowitę i Małgosię z „Must be the music”). Łechcesz moje rozbuchane, licealne a na dodatek literackie ego Ordonko. Mimo całego oporu jakie stawiło ono w wersji „super” nie mogę się powstrzymać od krótkiej refleksji nad stanem polskiego szkolnictwa wyższego. Bo mimo wielu tytułów jakie oferuję, gratisem może okazać się powódź megalomanii. Jako że „język nie funkcjonuje podług (czemu nie można napisać: „według”, czy to godzi w doktorancki styl „uzurpatora naukowości”?) aksjomatycznych, sformalizowanych reguł” kto by się przejmował, że NAPRZECIWKO już nie jest aż tak bardzo NA PRZECIWKO jak to kiedyś bywało, a BYŁA już dawno wzięła rozwód z BY. To była właśnie ta krótka refleksja.
„You know you love me” -a to w nawiązaniu do seriali.

ordonka pisze:

BeYot! widzę, że jesteś fanką/fanem seriali.
Dobrze, że w natłoku scenariuszy oper mydlanych pozostaje w Tobie tak piękny styl. Zupełnie bez ironii, chylę czoła przed pięknym użyciem polszczyzny :) brawo!
pozdrawiam

BeYot pisze:

Nie wiem, czy doktorant UJ nie powinien troszeczkę, choć troszeczkę powściągnąć swą profesorską dumę. Abstrahując od semantycznych niedomówień i kwestii schodzących chyba nieco mimowolnie do piwnic filozofii lingwistycznej, chciałabym jedynie zwrócić uwagę, na to, że warto czasami przeczytać swój tekst zanim się go opublikuję… Od początku do końca! Chyba, że chodzi o jak najszybsze reagowanie na stan tej nieszczęsnej kondycji współczesnego człowieka, która sięga dna i już stuka od spodu. A to wszystko przez te seriale. No masz ci los… (A może „Lost”)
Oj, jak serdecznie ja pozdrawiam.
XOXO
BeYot

Nieznajoma pisze:

Towarzystwo wzajemnej adoracji :)

Kończę już z tym hejterstwem, w każdym bądź razie miło było podyskutować z Państwem na poziomie w dniu dzisiejszym :)

Pozdrawiam,
Wróg publiczny nr 1.

Brat Nikolaus pisze:

W pełni zgadzam się z przedmówczynią! Jeszcze nigdy nic dobrego nie wynikło z tego, gdy rzeczy próbowały rozwijać się samorzutnie. Mnie też zawsze niepokoiła ewolucja, widzę, że znajduję w końcu w Pani bratnią duszę. :)
Rozwój języka, rozwój społeczeństw, rozwój gatunków… to na swój sposób obrzydliwe i chore. Takie przynajmniej jest moje wrażenie i moje zdanie na ten temat.
Myślę, że optymalnym wyjściem byłoby powrócić to pierwotnej formy komunikacji, jaką jest tłuczeniem kijem po głowie. Jakiekolwiek samowolnie wprowadzone innowacje byłyby karane upomnieniem słownym poprzez tłuczenie kijem po głowie. Aby kontrolować rozwój języka, każda proponowana zmiana – nim wejdzie w życie – byłaby przekazana do rozważenia specjalnej komisji, która musiałaby najpierw zweryfikować ją pod kątem poprawności semantycznej, następnie zaś tłukłaby samozwańczego neologistę kijem po głowie.
Pozdrawiam!

Nieznajoma pisze:

Nic nie usprawiedliwia błędnego użycia słowa, nawet Pana wydumana i pełna ironii argumentacja. Można spokojnie zapytać: „Czy mógłby mi pan UŻYCZYĆ 5 gr?”, wówczas uniknie się niefortunnych sytuacji językowych. To, że coś jest w powszechnym obiegu, nie znaczy, że jest dobre. Nie jestem językoznawcą i nie jeżdżę na sympozja, ale z niepokojem patrzę na to samorzutne „rozwijanie się” języka i bardzo żałuję, że Pan nie dostrzega tego problemu, sugerując na dodatek, że mam się wstydzić za swoją uwagę. Szacunek dla czytelnika godny pozazdroszczenia :) Obiecuję, że już nie będę więcej krytykować tego wspaniałego, oryginalnego i pełnego polotu wpisu. Może już Pan spokojnie wrócić do lustra. Pozdrawiam.

Łukasz "Azor" Zatorski Łukasz "Azor" Zatorski pisze:

Nawet dla kogoś kto nie jest doktorantem Wydziału Polonistyki UJ powinno być oczywiste, że język nie funkcjonuje podług aksjomatycznych, sformalizowanych reguł, które wymyślają na sympozjach językoznawcy, lecz żyje własnym życiem, rozwijając się samorzutnie i przypadkowo. Dlatego też użycie języka najbardziej wrażliwe jest na praktykę ludzką, tj. sytuacje i okoliczności w jakich dane słowawyrażenia się tworzy i wypowiada. I właśnie określenie „bezzwrotna pożyczka” wyrasta wprost z takiej sytuacji, którą opisałem w moim poście. Wszak doktor nie powiedział do mnie „Daj mi 2,50 zł”, lecz właśnie „Czy mógłby mi Pan pożyczyć pieniądze na bilet?”. A zatem użył określenia „pożyczyć”, więc zapewne dla niego to była pożyczka.

Dodałem do niej określenie „bezzwrotna”, gdyż wiedziałem w tamtej chwili, że raczej już się z owym doktorem nie spotkam i tego wielkiego długu nie będzie on w stanie spłacić. Być może jednak Pan doktor żywił nadzieję, że któregoś słonecznego dnia spotka mnie boskim cudem, np. na plaży w Chorwacji i będzie mógł uspokoić swoje sumienie, lecąc po drobne pod swój parasol, bo przecie w slipach w grochy nie ma za bardzo jest jak je transportować. Jeżeli tak, to nie mogła to być dla niego danina, wpłata, subsydium, haracz, kontrybucja, trybut czy pańszczyzna., lecz właśnie to słowo, którego użyłem.

Nie powiemy do kogoś stojącego obok nas w autobusie, gdy nam braknie 5 groszy do biletu: „Daj mi pięć groszy”, lecz „Pożyczyłby mi Pan 5 groszy?”. Używamy tego słowa by nieco „załagodzić” fakt, że de facto bierzemy od kogoś obcego pieniądze i na 99 % nigdy nie oddamy. Takie sytuacje to właśnie wspomniane powyżej społeczne uzusy, które wpływają na język z większą siłą, aniżeli wyszukane w wirtualnym słowniku języka polskiego definicje.

Moja rada: proponuję na przyszłość czytać moje teksty nie tylko pod kątem poprawności stylistyczno-fleksyjno-ortograficznej, bo, jak widać na załączonym obrazku, można się łatwo najeść wstydu (nawet bez podpisania imieniem i nazwiskiem). Pozdrawiam ciepło, Znajomy.

Nieznajoma pisze:

pożyczka «danie komuś albo wzięcie od kogoś pieniędzy lub jakichś rzeczy na pewien czas, z zastrzeżeniem zwrotu w określonym terminie; też: to, co zostało pożyczone»
(http://sjp.pwn.pl/slownik/2507391/2)
W związku z powyższym ta bezzwrotna pożyczka brzmi troszkę niefortunnie. Ale ja się tam nie znam, doktorantką na Wydziale Polonistyki UJ nie jestem :P

MK pisze:

„Różowa bielizna” też brzmi niefortunnie.